Fotograf Świtu
Zygmunta Trylańskiego poznałem w latach 70, wtedy nic nie wskazywało na to,
że ta znajomość stanie się znajomością zażyłą.
Zygmunta, wówczas przewodnika górskiego i fotografa ze Szklarskiej Poręby, zapamiętałem z powodu jakby lekceważącego stosunku i powściągliwości, jaką wykazywał do własnych fotografii, w których ja dostrzegałem estetykę nie do zapomnienia. Następne,
co zapamiętałem z jego fotografii, to była czerń sylwetowej postaci jakby z malowideł na skale
z późnego paleolitu. Ten sylwetowy sposób widzenia i czerń zastosował w fotografii aktu
na krakowskiej wystawie „Wenus” w 1977 r. za którą otrzymał Grand Prix. Zapamiętałem również, że potrafił podporządkować monochromatyzm jednego tonu swojemu zamysłowi
i w jego granicach rozwijał wielkie bogactwo odcieni. Dlatego teraz, po latach, nie dziwi mnie jego wielka wrażliwość na kolor. Zrozumiałem, że czas nie popłynął wstecz, ale wyżłobił fotografa – kolorystę.
Czy dzisiaj ktoś pamięta tamtego Trylańskiego ? Teraz po okresie monochromatycznego spokoju, erupcji pocztówkowego koloru oraz latach niezasłużonego zapomnienia jego fotografie przenosiły nas w świat wysublimowanych barw i harmonii zamkniętych w piękne formy, przenosiły nas do świata sztuki, w którym obowiązuje nie to, co widzi, aparat fotograficzny, lecz to, co sobie uświadamiamy ze swojego widzenia. Sztuka bowiem, jest działalnością umysłową. Zygmunt był realistą, ukazującym rzeczywistość prawdziwie, ale tylko w jej cechach istotnych. Ta prosta forma i zespół środków fotograficznych, którymi wyrażał treść, była jego osobistą, odbiegającą jednak od autentyzmu wizją, z której wynikały przemyślenia, emocje, wrażenia będące transformacją jego doznań. On więził w kadrze ulotne myśli zapamiętane
z poranków, a długie wieczorne cienie wykorzystywał do tworzenia plastyki obrazu.
Tym renesansowym sposobem widzenia tworzył liryczną poezję w fotografii oraz jakiś rodzaj powagi i radości jednocześnie. To jakby sakralne misterium, msza przed świtem. To były jego roraty. Zygmunt bowiem był fotografem świtu spowitego w mistycyzm, wobec którego ja nie pozostawałem obojętny.
Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić obraz artysty, który bezkompromisowo ukazywał równość między pejzażem a innymi dziedzinami fotografii, fotografującego jakby ponad tym, co się w fotografii dzieje, i wykazać, czym w istocie jest dobra fotografia. To jest ta fotografia, która porusza nasze zmysły i sprawia przyjemność z jej kontemplacji.
Waldemar Grzelak
31 dzień marca 2024 r.



